XXIII


 Przed rozpoczęciem lektury zalecam przeczytanie przedmowy

           Gorąca tarcza słoneczna rzucała władcze spojrzenie na ukwiecone niebieskimi irysami bagniste równiny Loeg Ningloron przyglądając się wstępującym nieśmiało do Anduiny  wodom rzeki Gladden. Tego gorącego dnia miesiąca Cermië* słodki szmer tworzący się w tym czułym uścisku, w którym dwa źródła łączyły się w jedność, zagłuszony został przez donośny tętent kopyt czterech tysięcy rumaków wiernie towarzyszących wojownikom z Lothlorien wysłanych do zagrożonego królestwa pana Hiraethmira. Sokoli krzyk rozbrzmiewał w przestworzach głosząc wojenną pieśń rozpamiętującą dawną świetność wprawionych w boju wojsk elfów, heroizm i oddanie poległych bohaterów minionych dni oraz roztropność i mądrość na poły wyimaginowanych władców i dowódców. Melodia ta sprawiała, że w serca elfów wstępowała nadzieja, a ich oblicza przyozdobione były niecodziennym optymizmem. Z ustami wygiętymi w uśmiechu unosili wzrok ku dziewiczemu błękitowi rozpościerającemu się ponad ich głowami. Oto oni, wyszkoleni strażnicy o niezbyt wielkim znaczeniu, zmierzali ku sławie i uznaniu, do miejsca które na wzór dawnych pól bitew w pieśniach bardów zostanie osławione dzięki ich sile i odwadze! Wojownicy ci jednak pielęgnowali swe marzenia snując je w skrytości serca, czego absolutnie nie można było powiedzieć o dowódcy oddziału, rycerzu z równie bogatej jak sławnej rodziny trudniącemu się raczej oczarowywaniem naiwnych młódek na dworach królewskich niż zgłębianiem znajomości sztuki fechtunku. Ten bowiem miał wrodzony talent do piania o swych zasługach, które w rzeczywistości ograniczały się do udziału w jednej zaledwie bitwie i dwóch zwycięstw w turnieju zorganizowanym w stolicy Eryn Lasgalen.
            Wśród tej niefrasobliwej wesołości wyróżniała się niewielka grupa zobojętniałych elfów jadących u końca szeregu, wpatrujących się w zadumie przed siebie lub też siedzących w siodle z markotnie spuszczoną głową, których radość ogółu zdawała się w ogóle nie absorbować. Jechali w milczeniu, od czasu do czasu spoglądając tylko na swych kompanów, a wtedy wzrok ich na chwilę zatrzymywał się na jadącej obok Veryana kobiecie o regularnych, choć dosyć ostrych rysach twarzy i intrygującym spojrzeniu, odzianej w stary, poszarpany strój podróżny. Jechała wyprostowana na karym wierzchowcu, lecz nie wpatrywała się dziarsko przed siebie, nie penetrowała ich swymi brązowymi oczyma. Zdawała się być zupełnie nieczułą na otaczający ją świat, na gorące pozdrowienia Słońca i na poruszenie wokół niej. Nie zauważała nawet kilku pojednawczych gestów ciekawskiego, aczkolwiek nieco jeszcze zaniepokojonego Veryana i przyjacielskich spojrzeń Lothrona, który pomimo ich krótkiej znajomości wyczuwał przygnębienie wojowniczki. Bowiem, choć jej twarz pozostawała nienaruszona cieniem smutku, jej zranione serce wciąż zadawało jedno rozpaczliwe pytanie przyćmiewające wszelką myśl rodzącą się w jej umyśle.
Arthionie, dlaczego..?
            Ze wszystkich sił starała się wytłumaczyć reakcję elfa, chciała zrozumieć uczucie, które nim kierowało i wreszcie odgadnąć jego myśli, gdy z ukrytą w dłoniach twarzą siedział przy okrągłym stole. Tak bardzo chciała wtedy podejść doń, ująć jego dłoń i po poważnym i wymownym spojrzeniu w głębię jego źrenic objąć go lekko w pojednawczym, uspokajającym geście… Jednakże nie uczyniła tego wiedząc, że poczuwszy ciepło jego ciała jej pewność siebie natychmiast zachwiałaby się i w jednym momencie mogłaby zmienić swą decyzję. A jej duma nie pozwalała na niestałość i chwilę ujawnienia słabości, choćby miała cierpieć największe katusze.  Miała do siebie żal, że skierowała swe kroki do komnaty Arthiona, że w ogóle powiedziała mu o swej decyzji. Lecz nawet mądrzy Valarowie nie mieli mocy cofnięcia czasu i pomimo jak bardzo żałowała tej kłótni, już nic nie mogła zrobić, by poprawić tę relację. Zwróciła wzrok ku piętrzącym się po jej lewej ręce groźnym szczytom Gór Mglistych.
 - Czy to tylko mi pozostaje? – zapytała siebie w myślach. – Czy należy usunąć się z dworów Imladris i Lothlorien, zerwać z przeszłością i wyruszyć przed siebie, bez ojczyzny, przytułku, celu i oddać się biernej wegetacji? Zniknąć ze świata pobratymców i błądzić po niezmierzonym pustkowiu w samotności, która i tak została mi przeznaczona? Samotności bolesnej, a jednak nieuniknionej?
            Westchnęła cicho, nieświadoma badawczego spojrzenia Lothrona, który, pomimo starań elfki, widział przygnębienie w jej poważnych oczach. Jego jak dotąd nieme zainteresowanie tajemnicami jej serca niewątpliwie wynikało z jego natury, choć mówiono, że tylko w stosunku do niej, wyjątkowo, był tak przyjazny. Sama Faelwen, gdyby tylko jej cicha rozpacz na to pozwoliła, byłaby zadziwiona i nie rozumiałaby czym zasłużyła sobie na jego przychylność i zaciekawienie. W głębokim poczuciu swej przeciętności stwierdziłaby, że nie reprezentuje ona nic intrygującego i przyciągającego zarazem, a jej egoistyczne zapatrzenie się w świat własnych uczuć jest wręcz odstręczające. A jednak Lothron pragnął konwersacji z tą milczącą, zamkniętą w sobie kobietą o dumnym spojrzeniu złocistych oczu.

 
            Po ośmiu nocach od opuszczenia Złotego Lasu zastępy Lothlorien ujrzały otwarte ramiona Gór Mglistych i Gór Szarych wyciągające się ku nim błagalnie i z tęsknotą. U podnóża pasma Gór Szarych bystrym oczom elfów ukazał się surowy i podupadający kamienny zamek otoczony niewysokim, wyniszczonym murem obronnym. Jakże przygnębiającym obrazem była stolica Marthkardu... Naokoło grodu mieściły się niewielkie opustoszone gospodarstwa, które niegdyś zapewniały jego mieszkańcom wyżywienie, teraz zaś widokiem swym przedstawiały nędzę i desperację.
 - Co za widok… - szepnął przygnębiony Veryan. - Jak można zrobić z kraju taką ruinę?
 - Zapytaj Hiraethmira. Nie kosztowało go to zbyt wiele starań - ironicznie stwierdził Lothron.
            Elfowie westchnęli z rezygnacją. Dopiero teraz, gdy orszak powoli tonął w objęciach otaczających Marthkard gór, rzeczywistość bezczelnie spojrzała w oczy ich romantycznym wyobrażeniom. Strażnicy nie ujrzeli bogatej, ukwieconej krainy w koronie ze złotych zbóż za którą warto byłoby walczyć ze wszystkich sił, całą duszą i ciałem. Oblicza ich nie wyrażały już optymizmu i rozmarzenia, twarze wojowników Lothlorien były stroskane, nękane rozterkami zawiedzionych serc. Czy warto ginąć dla króla, który nie jest w stanie zatroszczyć się o własną siedzibę?
            Faelwen ze spokojem wpatrywała się przed siebie, jakby przyczyna rozczarowania jej towarzyszy w ogóle jej nie dotyczyła.
***
            Król zwiesił głowę opierając się ciężko o rzeźbiony w kamieniu, gdzieniegdzie zdobiony złotem tron. Jego pociągła, zmizerniała twarz od wielu lat nie przypominała dawnego, silnego i zdecydowanego oblicza władcy całym sercem oddanego swym posiadłościom i poddanym. Posklejane kosmyki płowych nieuczesanych włosów zasłoniły jasnoniebieskie beznamiętne oczy.
 - Panie, musisz wyjść do swego ludu, dać elfom nadzieję na zwycięstwo w tych trudnych chwilach! - krzyczano z końca Sali.
 - Zmobilizujmy wojsko, zaciągnijmy każdego, kto jest w stanie utrzymać miecz!
 - Dajmy poddanym choć złudzenie dawnej świetności, by nie umierali w sromocie!
            Hiraethmir spojrzał żałośnie na swe suche, pożółkłe ręce i mocno zacisnął powieki w grymasie zawiedzionego dziecka, które nie dostało swej wymarzonej zabawki. Głowa pękała mu od dudniących we wnętrzu zamku basowych huków i piskliwych krzyków. Jedynym jego celem było wyślizgnięcie się z Sali i udanie się cichcem do cichej, ciemnej, surowej komnaty. Z trudem uniósł popuchnięte, ciężkie powieki, powiódł beznamiętnymi oczyma po kamiennych ścianach, powstał ze swego tronu i bez słowa wyjaśnień skierował się ku wyjściu. Szlachta zebrana w Sali Tronowej podniosła wzburzone głosy:
 - Panie! Marthkard Cię potrzebuje!
 - Jakież sprawy ważniejsze są od umierającej ojczyzny?
            Król kiwnął nieznacznie głową i pochylony, ze spuszczonym wzrokiem zniknął w mroku wąskiego, prywatnego korytarza wiodącego do jego słodkiej samotni, gdzie cisza była muzyką, a jego myśli jedynym liczącym się światem.
            Z Sali dobiegło go nikłe echo entuzjastycznego, przejętego wykrzyknienia: „To hufiec z Lothlorien!”
***
            Ogromne wrota Bramy Wschodniej zawyły przeciągle, jakby rozpaczliwe wysiłki Marthkardczyków sprawiały im niewyobrażalny ból. Zebrani na poboczach głównej ulicy miasta elfowie w ciszy i zniecierpliwieniu wyczekiwali momentu, gdy wyprostowani, piękni dowódcy w lśniących zdobionych ornamentami zbrojach wjadą do stolicy na pięknych wierzchowcach, gdy kolorowe, złocone proporce zatańczą z lekkim wiatrem pląsającym dzielnie po placu.
            Równy rytm stukających po kamieniach podków wypełniał ich serca, skrzypnięcia kół kupieckich wozów pełnych zapasów żywności i broni,  szmer miękkich strojów Strażników i westchnienia wojowników zapisywały się w złaknionych dobrych wieści duszach. Mieszkańcy Marthkardu z podziwem i rozrzewnieniem przyglądali się obcym twarzom żołnierzy, kobiety nieśmiało podchodziły do pięknych elfów ze Złotego Lasu i wyciągały ku nim wychudzone, spracowane dłonie.
            Veryan wraz z towarzyszami uśmiechał się przyjaźnie i zachęcająco do miejscowych, przyglądał się smutnym, błagającym  oczom kobiet wpatrujących się w jego twarz. Choć przez krótką chwilę nie czuł się wyśmiewanym, niekiedy w jego własnych oczach żałosnym nieudacznikiem. Lothron spojrzał na uradowaną postawę przyjaciela i uśmiechnął się ironicznie, wbijając posępne spojrzenie w łeb siwka Feinaura. Kątem oka widział oburzone oblicze Faelwen i ogniste spojrzenie bursztynowych oczu badających szybko, ale uważnie mury podupadłego miasta. Chuda ręka kobiety o poszarpanych włosach i błędnym spojrzeniu wyciągnęła się machinalnie w stronę wyprostowanej, wyniosłej wojowniczki, która z pogardą odsunęła od siebie brudną dłoń.
Wtem para ubogich, z wyglądu poczciwych elfów podeszła do karego rumaka i nieśmiało krocząc obok niego spojrzeli lękliwie, niepewnie i błagalnie na zmarszczone czoło pięknej, tajemniczej nieznajomej. Z ramion krótko ostrzyżonego mężczyzny spoglądały na nią ogromne, zielone oczy kilkuletniego chłopca, wpatrującego się w nią z rozdziawioną buzią niczym w starego bajarza opowiadającego o cudownych, niewiarygodnych przygodach swych bohaterów.
 - Pani… - szepnęła wątła kobieta, matka chłopca. Jej zakłopotana mina wskazywała na to, że nie jest w stanie znaleźć słów prośby.  - Pani…
            Faelwen wstrzymała konia i z góry przyjrzała się zaczepiającej ją rodzinie. Rysy jej twarzy złagodniały, oczy nie gorzały już groźnymi płomieniami, a na jej pełne usta zaplatał się nikły uśmiech. Dziecko wciąż gapiło się na nią niczym w posąg Yavanny.
 - Gdzie mieszkacie? - zapytała lakonicznie, ale z uśmiechem.
 - Przy Leśnej 12, Pani - odparł ojciec rodziny. - Niedaleko Bramy Południowej…
            Elfka kiwnęła głową, poprawiła się w siodle i pochyliła się ku chłopcu już wyciągającemu ku niej swe małe rączki. Z pomocą ojca dziecka ułożyła je przed sobą, w swoich ramionach i spinając konia krzyknęła na odjezdne, że jeszcze tego wieczoru osobiście odwiezie dziecko do domu. Zbaraniały Lothron spojrzał na nią i wtulonego w jej pierś chłopca, z wahaniem otworzył lekko usta.
 - Cicho bądź, Lothron - zgasiła go Faelwen spoglądając z powagą przed siebie i nieświadomie otaczając chłopczyka troskliwym ramieniem.
 
          
Rodzice dziecka spojrzeli na siebie z niedowierzaniem i przytulili się, wpatrując się w malejącą postać długowłosej, tak dla nich łaskawej wojowniczki.

 
Oddziały Lothlorien po długim i trudnym przejeździe przez zaludnioną ulicę dotarły wreszcie na dziedziniec zamkowy, gdzie starszyzna i szlachta już na nich czekała. Elfowie ci byli czyści i zadbani, dożywieni i pełni sił, jednak ich stroje i oblicza nie wskazywały na rozpowszechniający się po Śródziemiu wyzysk niższych klas. Na czele reprezentantów stolicy stał wiekowy elf o pochylonej sylwetce i mądrych, głębokich oczach, o dziwo, otoczonych siatką chwalebnych zmarszczek dodających jego postaci jeszcze więcej powagi. Starzec powoli wyszedł dowódcom i posłom naprzeciw.
 - Witajcie, leśni elfowie. Witajcie w tych smutnych, poniżających czasach - jego nieco chrapliwy głos zadrżał, a siateczka okalająca oczy pogłębiła się znacznie.
 - Panie Gollhenebhîr** - ukłonił się poseł Celeborna, a wraz z nim dowódca wojsk Złotego Lasu.
***
            Faelwen i Lothron przyglądali się dziecku przebierającemu w ich torbach. Zafascynowany chłopiec co chwila ze zdziwieniem wyciągał jakiś nowy skarb z tobołka Faelwen, każdej rzeczy przyglądał się z bliska po czym odkładał na bok, by już za chwilę chwycić za coś innego. Tak właśnie została potraktowana lina, stare skórzane rękawice, ścierające się rzemyki, mapa i wiele innych, podstawowych elementów ekwipunku podróżnika, które dla dorosłego były rzeczą jak każda inna.
  - Faelwen, tak się zastanawiam… - zaczął Lothron zwracając się nieco w jej stronę. - Dlaczego wzięłaś tego chłopca? Mogłaś przecież ich odtrącić, tak jak zrobiłaś z tamtą kobietą.
            Faelwen spojrzała mu prosto w oczy i po chwili milczenia wskazała na chłopca, który jeszcze raz przyglądał się podartej mapie.
 - Spójrz w te pełne fascynacji, ufne oczy. Choć patrzy przez nie dziecko nie mające jeszcze pojęcia o otaczającym go świecie, zdające się nawet nie odczuwać beznadziejności sytuacji, błyszczy w nich szlachetność i sprawiedliwość. Czy mógłbyś zranić to dziecko, odtrącić je gdy ono, pełne nadziei, wyciąga ku tobie ręce?
            Nie oczekiwała odpowiedzi. Czuła, że Lothron rozumie jej postawę, że w głębi duszy jest równie wrażliwy jak ona. Inni elfowie spacerowali po mieście lub usiedli na ławkach z kuflami pełnymi taniego piwa. Lothron wraz z Faelwen zostali, by pilnować tobołków swych towarzyszy. Siedzieli na bruku tuż obok siebie, uśmiechając się lekko na widok owalnej, rozradowanej buzi, która zbliżyła się teraz do nich i uśmiechnęła szeroko. Chłopiec wcisnął się między nich, spojrzał na Lothrona oczyma pełnymi uroczej, dziecięcej nieśmiałości, po czym wtulił twarz w ramię zdziwionej Faelwen.
 - Opowiedzcie mi którąś z waszych przygód.
            Elfowie spojrzeli po sobie zaskoczeni i Strażnik uśmiechnął się zachęcająco do niej. Wojowniczka zająknęła się, z trudem rozpoczynając opowieść o ich spotkaniu. Nigdy nie umiała rozmawiać z dziećmi, denerwował ją przymilny ton, który wszyscy nadawali swym głosom patrząc w delikatne małe twarze. Z biegiem czasu jednak mówienie przychodziło jej z większą łatwością, choć jej głos brzmiał poważnie, czasem ironicznie. Niepewnie spoglądała na twarz zwróconego ku niej elfa, z początku uśmiechającego się do niej. Później jednak Lothron posmutniał, zatopił się we własnych myślach od czasu do czasu zerkając na słuchające z uwagą dziecko. Widziała jego obwiniające siebie samego oczy, podświadomie czuła jego rozterkę. Elf także uciekał przed swoją przeszłością, przed sobą samym, wciąż nie mogąc się pogodzić z popełnionymi błędami.

 
            Gdy słońce powoli chowało swą rozgorączkowaną twarz za kotary Gór Mglistych, a Veryan wrócił po zaspokojeniu pragnienia i przechadzce po mieście, dwójka elfów odprowadziła chłopca na Leśną 12 przy Bramie Południowej, gdzie dziecko swym radosnym krzykiem obwieściło wszem i wobec, że już wróciło. W drzwiach mieszkania pojawiła się wątła półelfka.
 - Prosimy, zapraszam do środka - rzekła cicho, skromnie spuszczając wzrok.
            Nie skorzystali z zaproszenia, uprzejmie dziękując. Już mieli zniknąć za rogiem, gdy chłopiec wypadł z krzykiem na ulicę, podbiegł i każdemu z nich wręczył po małym zielono-szarym kamyczku. Faelwen uśmiechnęła się smutnie, przyklękła i, samą siebie zadziwiając, ucałowała czoło dziecka. Chłopiec wtulił się w nią, po czym uciekł do domu podekscytowany, uradowany niesamowitym dniem.
 - Żal mi go - szepnęła elfka krocząc obok Lothrona.
 - Już wkrótce jego fascynujący światek runie, tak jak ta niegdyś silna forteca kruszy się przy każdym uderzeniu.
           Spojrzała na przyjaciela uważnie. Szedł zamyślony ze spuszczoną głową, przebierając w palcach kamyczek. Wstrzymała go kładąc dłoń na jego ramieniu i zmusiła do spojrzenia jej w oczy.
 - Glanhemion, man carel le? Man le trasta?
           
Lothron tylko pokręcił głową, uśmiechając się smutnie.
- Aníron na thaed.
- Lau. Gwenwin in enninath.
- Be iest lîn, mellon.***
           
Obdarzyła go poważnym, głębokim spojrzeniem pełnym zrozumienia I oddania. Rzadko obdarzała obcych przyjaźnią, nie często chciała komuś pomagać… Ale czy Lothrona można nazwać kimś obcym? Czy kogoś, kto staje się bliskim osamotnionemu sercu, kto zapada nam w pamięć, kto towarzyszy nam w każdej chwili, uśmiechając się ciepło w naszej podświadomości, możemy od siebie odsunąć? Czy warto zabijać w sobie pielęgnowane wyobrażenie?
            Wytrzymał. Nie spuścił oczu, gdy ona spokojnie wpatrywała się w jego oblicze. Ciszę, jaka zapadła między nimi, przerwały gniewne krzyki podchmielonych Marthkardczyków dobiegające z pobliskiej karczmy.
 - Władca od siedmiu boleści!
- Asceta pieprzony!
- A żeby go cholera!
 
---
*W kalendarzu gregoriańskim miesiąc Cermië jest odpowiednikiem okresu pomiędzy 23 czerwca a 22 lipca.
** Gollhenebhîr – sind. Mądrooki Pan
***
 - Glanhemionie, co robisz? Co cię niepokoi?
- Chcę pomóc.
- Nie. Dużo czasu minęło.
- Jak chcesz, przyjacielu.

Lady Faelwen 2008-07-28 22:25:07
skomentuj (7)


Silence and harmony are not designed for you,
'Cause you must bring joy and hope to Middle-Earth.
In your veins flows the warrior's blood...
Just remember the values you're faithful to
You'll fight for Freedom and Honor
Perhaps at the end you'll find a small measure of peace...